Znajdź nas

Głos ekspertów

Spodyriew i Kaliszek przed swoim debiutem. Domański: Tworzą naprawdę zgrany zespół

W poniedziałek Maksym Spodyriew oraz Natalia Kaliszek rozpoczną walkę o medal Zimowych Igrzysk Olimpijskich 2018. Nasz jedyny duet w łyżwiarstwie figurowym wystąpi w konkurencji par tanecznych. O ich szansach oraz o kondycji łyżwiarstwa figurowego w Polsce porozmawialiśmy z Przemysławem Domańskim, który osiem lat temu reprezentował Polskę w Vancouver.

Łyżwiarstwo figurowe i nasza para taneczna
Maksym Spodyriew i Natalia Kaliszek /fot. Mihail Sharov/

Szymon Kastelik: Jak wspomina pan swój start w Vancouver?

Przemysław Domański: Wspominam go dosyć dobrze, mimo że nie udało mi się wejść do finału. Ale biorąc pod uwagę to, że do Igrzysk awansowałem z ostatniego miejsca, a ostatniego miejsca nie zająłem, to kogoś jednak pokonałem. A jeżeli chodzi o przeżycia, to jest to coś wyjątkowego. Już podczas samego zaprzysiężenia człowiek zdał sobie sprawę, że wielu sportowców, zwłaszcza w łyżwiarstwie figurowym, nie dochodzi do tego poziomu. Nie tak łatwo jest zdobyć kwalifikację krajową lub międzynarodową.

Stres przed występem był duży?

Oczywiście, że był. Miałem świadomość, że mogą to być moje jedyne Igrzyska. Kariera łyżwiarzy figurowych jest niestety bardzo krótka. Osób, które pojechały na Igrzyska dwa lub więcej razy jest naprawdę niewiele. Na pewno była spora presja. Zwłaszcza, że wchodziłem z ostatniego miejsca, więc teoretycznie wszyscy byli ode mnie lepsi. Jeszcze na dodatek w grupie znalazłem się z późniejszym medalistą Jewgienijem Pluszczenką. Nie chciałem przy nim wypaść źle.

Pańska droga do Igrzysk była aż tak trudna?

U nas głównym problemem jest zdobycie nominacji narodowej. Mamy tylko dwie szanse i to wszystko w roku poprzedzającym Igrzyska. Pierwsza to Mistrzostwa Świata, na których rozdawane są dwadzieścia cztery miejsca. Natomiast ostatnie sześć miejsc można zdobyć na wyznaczonych przez ISU zawodach. Przyjeżdżają na nie te wszystkie kraje, które nie zyskały awansu za pierwszym podejściem i tam rywalizacja jest po prostu na noże. Mi udało się zdobyć nominację na Mistrzostwach Świata. Przygotowanie do Igrzysk to był okres praktycznie całego życia. W przeciwieństwie do innych dyscyplin nominację zdobywamy dosyć późno, czyli pieniądze na jakieś przygotowania otrzymujemy dopiero w ostatnich miesiącach przed tą najważniejszą imprezą, wtedy już aż tak wiele poprawić nie można.

Do tego dochodzą wszelkie problemy związane z finansami, bo praca z choreografami i fizjoterapeutami kosztuje. Pieniędzy zawsze brakuje na wszytko i w rezultacie niektóre rzeczy trzeba samemu sfinansować. Jeszcze w moim przypadku przytrafiła się kontuzja w roku olimpijskim. Niefortunnie uderzyłem się łyżwą idąc na trening. Wylądowałem w szpitalu. Nie uczestniczyłem w Mistrzostwach Polski. Po wyjściu ze szpitala de facto cała forma spadła. Musiałem bardzo szybko ją odzyskać, żeby przejść wewnętrzny test zorganizowany przez PZŁF. Ponieważ związek musiał sprawdzić, czy jestem w dobrej dyspozycji. To był naprawdę stresując czas.

Do Pjongczangu jedzie tylko jedna polska para Natalia Kaliszek i Maksym Spodyriew. Czego możemy spodziewać się po nich w Korei Południowej?

Mam cichą nadzieję na dobry wynik. Ich forma rośnie, co dało się zauważyć na niedawnych zawodach międzynarodowych w Toruniu. Para poprawiła wynik, zwłaszcza w nocie technicznej w tańcu krótkim. Udało im się zdobyć cztery punkty więcej niż na mistrzostwach Europy. Gdyby zdobyli te dodatkowe cztery punkty właśnie na mistrzostwach, to byliby na szóstym miejscu. Jest to zatem obiecujący wynik.

Co jest ich najmocniejszą stroną?

Determinacja i to, że tworzą naprawdę zgrany zespół. Są nieźli technicznie, choć w tym przypadku lepszy technicznie jest partner. Natomiast ewidentną ozdobą tej pary jest partnerka. Potrafi bardzo dobrze interpretować muzykę. Potrafi także, jak to mówi się u nas, „sprzedać” program, czyli po prostu dobrze zaprezentować się. W sumie tworzą bardzo wyrównany zestaw. Ponadto ich mocną stroną jest również zespół trenerski. Trenuje ich Sylwia Nowak-Trębacka, bardzo doświadczona łyżwiarka, która sama uczestniczyła w Igrzyskach Olimpijskim. Na pewno będzie potrafiła pomóc swoim zawodnikom jeżeli chodzi o psychikę i przygotowanie się do samego startu. Jest ona też międzynarodowym specjalistą technicznym – sędzią oceny technicznej. Zna się na regulaminach i detalach technicznych, a na Igrzyskach każdy ułamek punktu może decydować.

Pierwsza dziesiątka to będzie sukces?

Pierwsza dziesiątka byłaby niesamowitym sukcesem. Osobiście jestem nastawiony na okolice piętnastego miejsca. Myślę, że to jest dla nich osiągalne.

Maksym Spodyriew i Natalia Kaliszek – rozpoczynają w poniedziałek walkę o medal olimpijski /fot. Irina Tsimfer/

Czy tylko jedna polska para na Igrzyskach jest dowodem na słabość łyżwiarstwa figurowego w Polsce?

Jest to trochę prawda. Świat poszedł do przodu, jeżeli chodzi o obiekty czy też o przygotowanie trenerów. Niestety ciągle mam wrażenie, że stanęliśmy w latach dziewięćdziesiątych. Natalia i Maksym mieli bardzo podobne warunki do trenowania jakie ja miałem. Zaś ja miałem podobne warunki do tych jakie miał Grzegorz Filipowski. Nie ma za bardzo rozwoju. Powstaje mało lodowisk. Nie ma też szkoleń dla kadry trenerskiej, która się po prostu starzeje. Mało jest nowych, młodych adeptów w tym sporcie, co powoduje również problemy z naborem nowych roczników.

Gdy mało dzieciaków chodzi na treningi, wówczas jest trudno znaleźć tego samorodka, który będzie w stanie uczestniczyć w światowej rywalizacji. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, jak w innych krajach traktowane jest łyżwiarstwo figurowe. Świetnym przykładem są Japonia czy Chiny, które jeszcze piętnaście, dwadzieścia lat temu nie wyróżniały się specjalnie w naszej dyscyplinie, a teraz są jednymi z liderów. Tam przeznaczono bardzo duże nakłady finansowe na budowanie obiektów, szkolenia oraz popularyzację tej dyscypliny.

W ubiegłym roku w jednym z wywiadów prezes związku przyznał, że część zawodników musi w siedemdziesiąciu procentach pokrywać koszta. Z czego to dokładnie wynika?

Łyżwiarstwo figurowe ma utrudnione zadanie, jeżeli chodzi o pozyskiwanie sponsorów, ponieważ przepisy dotyczące prezentowania ich są bardzo restrykcyjne. Trudno też przyciągnąć do tej dyscypliny, jeżeli jej zawody nie są transmitowane w telewizji. Jest to najlepsza, jak wiadomo, okazja do zareklamowania się. Najdziwniejsze jest to, że wśród ludzi zainteresowanie tą dyscypliną nie jest małe. Wielokrotnie rozmawiałem z osobami, które potwierdzały, iż kiedyś chętnie oglądały łyżwiarstwo figurowe, a dzisiaj już tego nie robią, bo nie ma tego sportu w telewizji. Jeżeli dziecko nie zobaczy w mediach jak łyżwiarstwo figurowe wygląda i nie pójdzie na lodowisko, aby spróbować, to najprawdopodobniej nigdy nie natrafi na ten sport.

Polacy może oglądali łyżwiarstwo figurowe, ale w inny sposób. Jak dobrze pamiętamy, kiedyś emitowano dosyć popularny program „Gwiazdy tańczą na lodzie”.

Tak, był taki program. Jednak nie przełożył się on na wybitny wzrost zainteresowania tą dyscypliną. Trudno stwierdzić czy była to kwestia realizacji, czy czegoś innego. Moim zdaniem, jeżeli odbywają się Mistrzostwa Świata czy Europy i nie ma transmisji przynajmniej Polaków lub najlepszej grupy w telewizji, zwłaszcza publicznej do której każdy ma dostęp, wpływa to negatywnie na łyżwiarstwo figurowe. Jeżeli występy możemy obejrzeć tylko na kanałach płatnych, to nie każdy przecież z tego skorzysta.

Czy jedyną nadzieją na szybszy rozwój jest naturalizacja cudzoziemców, tak jak w przypadku Maksyma lub Igor Reznichenko?

To jest tendencja ogólnoświatowa w tych krajach, w których baza treningowa jest słabo rozwinięta. Naturalizuje się w nich zawodników z krajów pod tym względem lepiej rozwiniętych, gdzie jest im trudniej wybić się. Na przykład załóżmy, że w Rosji jest dziesięć dobrych par, ale na Mistrzostwa Świata mogą jechać tylko trzy. Ponadto jeżeli chodzi o pary sportowe i taneczne, naturalizacja jest częstą praktyką. Wynika to głównie z tego, że złożenie pary, która będzie do siebie dobrze dobrana ze względu psychicznych i fizycznych oraz będzie dobrze ze sobą pracowała nie jest wcale proste.

W Polsce główny problem mamy z chłopcami, których jest mało. Udział Igora w naszej rywalizacji krajowej ma pozytywny wpływ, bo zwiększa poziom konkurencji. Sam pamiętam, że gdy startowałem byłem znacznie lepszy od moich konkurentów w Polsce. Na zawodach praktycznie wszystko zależało ode mnie. Natomiast w momencie, w którym pojawił się zawodnik pochodzący z Ukrainy, mający odrobinę lepszą technikę ode mnie, zrodził się element rywalizacji. Wtedy dostałem większego powera na treningach, aby nie dać się pokonać. I sądzę, że mój poziom sportowy podniósł się. Taki import zawodników zagranicznych może pozytywnie wpłynąć na zawodników, ponieważ dostają wówczas więcej motywacji. Widzą, że można zrobić coś lepiej.

Czego życzy pan naszym olimpijczykom?

Niech wrócą z Igrzysk usatysfakcjonowani swoim wynikiem. Każdy powinien oceniać się swoją miarą. Jeżeli zrobiłem wszystko najlepiej jak umiałem, to wynik jest sprawą drugorzędną.

Nieszczęśliwie zakochany w sporcie od momentu narodzin. Współtwórca Magazynu Sportowiec. Redaktor Studenckiego Radia Egida. Ale przede wszystkim kibic.

Naciśnij aby skomentować

Musisz być zalogowany by opublikować komentarz Zaloguj się

Odpowiedz

Więcej w Głos ekspertów