Znajdź nas

Twarzą w twarz

Olimpijski optymizm Król. „W Pekinie będzie mój najlepszy okres”

Przed startem śniły jej się finały i to marzenie udało się zrealizować. Na drodze do kolejnych pragnień Aleksandrze Król stanęła… jej koleżanka. Ostatecznie skończyło się na 11. miejscu – jednym z najlepszych w historii polskiego snowboardu. „Jestem zadowolona ze swojego startu” – mówi w rozmowie z „Magazynem Sportowiec” Król i zapowiada, że już ostrzy sobie zęby na Pekin.

Aleksandra Król teraz skupia się już na kolejnych Igrzyskach

Przemysław Paszowski: Gdy rozmawialiśmy przed Igrzyskami Olimpijskimi mówiłaś, że często śnią ci się starty. W Korei też ci się śniły?

Aleksandra Król: Faktycznie jest to zjawisko dość częste w moim przypadku. W Korei nie miałam tak intensywnych snów, jak do tej pory, bowiem praktycznie całymi dniami trenowałam i pod koniec dnia padałam z nóg. Po prostu zasypiałam i od razu się budziłam rano. Niemniej jednak dzień przed samymi zawodami podczas małej drzemki, śniło mi się że wjechałam do finałów. Wtedy już wiedziałam, że będzie dobrze.

Mówiłaś mi też wtedy, że twój wynik powinien być lepszy niż w Soczi. Był dużo lepszy. Doszłaś do 1/8 i ostatecznie zostałaś sklasyfikowana na jedenastej lokacie. Przynajmniej na papierze powody do zadowolenia.

Z jednej strony jestem zadowolona, bo jedenaste miejsce to drugi najlepszy wynik całego polskiego snowboardu podczas wszystkich Igrzysk Olimpijskich. Co więcej, w mojej konkurencji nikt z polskiej reprezentacji nie awansował do finałowej szesnastki ani w Turynie, ani w Vancouver, ani w Soczi. Tym bardziej jestem zadowolona, że przełamałam to fatum. Niemniej jednak mam pewien niedosyt, ponieważ stać mnie na więcej. Ósemka była na pewno w zasięgi ręki. Myślę jednak, że jeszcze wszystko przede mną. Jestem osobą, która powoli się rozkręca. W związku z tym Igrzyska w Chinach to będzie dopiero mój najlepszy okres.

Jak to jest walczyć o awans ze swoją przyjaciółką, a zarazem zawodniczką, którą doskonale znasz? Wydaje się, że to nie ułatwia zadania.

Bardzo żałuję, że już w ćwierćfinale spotkałam się z Julie Zogg. Liczyłam, że nastąpi to nieco później. Śmiałyśmy się nawet przed zawodami, że spotkamy się w finale. Tego dnia Julie była po prostu lepsza ode mnie. To jest sport. Ktoś musi wygrać, a ktoś przegrać. Szanują ją jako zawodniczkę i lubię jako koleżankę. Znamy się bardzo dobrze z treningów i wiedziałam, że będzie to bieg na styku. Spóźniłam nieco start i próbowałam ją później naciskać, co spowodowało, że popełniłam drobny błąd.

Aleksandra Król podczas ceremonii otwarcia /fot. fanpage Aleksandry Król/

W Korei w ostatniej chwili zmieniłaś deskę, na trasie też jechałaś bez kalkulacji. Ryzkantka z ciebie…

Z tą deską to jest akurat ciekawa historia. Po złamaniu poprzedniej, zamówiłam deskę o tych samych parametrach, lecz producent wykonał inną tuż przed samymi Igrzyskami. W Korei miałam zatem dwie różne deski. Podczas jednego z treningów, spróbowałam tejże nowej deski i kręciłam na niej bardzo dobre czasy. Jednak przyznaję, że nie czułam się na niej najlepiej. Może dlatego że generalnie jestem konserwatywna i nie lubię zmian. Postawiłam jednak wszystko na jedną kartę. Chciałam coś zmienić, zaryzykować. W końcu to Igrzyska Olimpijskie – miejsce gdzie nie ma czasu na kalkulacje. Trzeba po prostu jechać na full i zrobić wszystko by wynik był jak najlepszy. Skoro ta deska była szybsza to nie było innego wyjścia. Pojechałam na niej po raz pierwszy w zawodach i nie żałuję. Naprawdę ta deska współpracowała ze mną podczas startu i wiedziałam, że będzie dobrze. Zaprzyjaźniłyśmy się (śmiech).

Ładnie to ujęłaś słowami: kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana…

Nie można jechać na Igrzyskach na pół gwizdka. Należy postawić wszystko na jedną kartę. Trzeba po prostu dać z siebie wszystko. Dlatego w wiosce olimpijskiej byłam tylko kilka dni, a resztę czasu spędziłam na treningach. Naprawdę się nie oszczędzałam. Próbowałam rożnych wariantów, tak aby w eliminacjach wypaść jak najlepiej. W zawodach jechałam agresywnie, co wiązało się z ryzykiem upadku, lecz wiedziałam, że tylko tak mogę wjechać do finału. Drugi przejazd miałam naprawdę bardzo dobry. Zrobiłam to co sobie założyłam i z tego jestem zadowolona. Dziesiąte miejsce w kwalifikacjach wzięłabym przed startem w ciemno. Chociaż gdy teraz na chłodno analizuję swój występ to wiem, że, gdybym pojechała troszkę szybciej, to miałabym ósmy czas eliminacji. Dzięki temu to ja wybierałabym tor w finałach, a czerwony był szybszy niż niebieski. Ale to tylko gdybanie. Zostawmy to. Jest dobrze jak jest. Szampana jednak nie piłam. Wypi go dopiero za cztery lata w Chinach!

Dla Aleksandry Król był to już drugi olimpijski występ /fot. fanpage Aleksandry Król/

Może jednak warto go otworzyć już teraz, bo nasi dziennikarze wybrali cię na miss polskiej ekipy.

Jestem zaskoczona! Niezmiernie mi miło, że dziennikarze dostrzegli moją osobę, w tym walory wizualne. Dziękuję. Nie spodziewałam się tego. Niemniej jednak gdybym mogła to zamieniłabym to zwycięstwo na pierwsze miejsce w zawodach (śmiech).

Jeśli już mówimy o zwyciężaniu… W twojej konkurencji wygrała Ester Ledecka i stała się tym samym pierwszą zawodniczką, która na jednych Igrzyskach wygrała w dwóch dyscyplinach. Spodziewałaś się, że twoja koleżanka przejdzie do historii olimpizmu?

Już przed Igrzyskami wspominałam, że Ester jest faworytką zawodów. I tak też się stało. Natomiast jej występ narciarski to nie lada wydarzenie. Jej wygrana pokazała, że snowboardziści mogą konkurować nawet z najlepszymi narciarzami. Nie wyobrażam sobie sytuacji odwrotnej, to znaczy ażeby narciarz wygrał zmagania w snowboardzie.

Startowałaś, gdy Igrzyska były na finiszu. Mogłaś więc im przyjrzeć się bliżej. Jaka to była impreza? Wielu twierdzi, że bez kibiców i bez atmosfery.

W wiosce olimpijskiej byłam tylko trzy dni, bo cały czas trenowałam w Japonii. Nie miałam czasu być obecna na żadnych innych konkurencjach. Przyleciałam z treningów wprost na zawody. Te kilka dni przebywałam w towarzystwie skoczków narciarskich. Był to dobrze spędzony czas z chłopakami, którzy mają na mnie zawsze pozytywny wpływ motywacyjny. Jako ciekawostkę powiem, że Maćka Kota, z którym siedziałam w ławce na studniach, ogrywałam w karty. Wracając do tematu, muszę stwierdzić, że Igrzyska były dobrze zorganizowane. Do dyspozycji zawodników były dostępne miejsca do treningu (siłownia) oraz rozrywki (gry). I co ciekawe, choć z tego nie korzystałam – salon fryzjerski, makijażystka czy pedikiurzystka. Podczas zawodów snowboardowych był komplet publiczności. Na moim gigancie ponoć była najwyższa frekwencja.

Aleksandra Król z Kamilem Stochem i Stefanem Hulą /fot. fanpage Aleksandry Król/

A co będzie najpiękniejszym wspomnieniem Igrzysk w Pjongczangu?

To najtrudniejsze z pytań. W zakresie sportowym to na pewno to, że dałam z siebie wszystko. Wewnętrznie czuję, że godnie zaprezentowałam się podczas zawodów. W zakresie prywatnym to na pewno jest mi niezmiernie miło, że dostawałam tak wiele pozytywnych komentarzy od kibiców, dziennikarzy i znajomych. Moja skrzynka mailowa na portalach społecznościowych nigdy nie była, aż tak zapełniona. Zajmowało mi nieraz kilka godzin na odpisanie kilku zdań tym wszystkim osobom. Chciałam im podziękować tu i teraz za wsparcie.

Jak rozumiem teraz wszystkie siły będą już kierowane na Pekin, skoro tam masz być w szczycie formy.

Powiem szczerze, że na wyjazd do Chin ostrze sobie zęby. Małymi krokami dążę do wyznaczonych celów, lecz ostatniego słowa jeszcze na pewno nie powiedziałam. Czuję, że w Chinach może być jeszcze lepiej.

Dziennikarz radiowy i telewizyjny. W latach 2013-2016 redaktor naczelny portalu Juventum.pl Autor powieści "Pragnę, Kocham, Nienawidzę". Sport to dla niego nie tylko wyniki i zwycięstwa, ale wartości, które za sobą niesie.

Naciśnij aby skomentować

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Więcej w Twarzą w twarz