Magazyn Sportowiec – wywiady, analizy, komentarze sportowe

„Tutaj zaczęło się nam wszystko układać”. Adam Łupiński – polski bramkarz na Tajwanie

Prywatne archiwum Adama Łupińskiego

Szymon Kastelik: Jaka pogoda na Tajwanie? Bo w Polsce coraz częściej zimno i deszczowo.

Adam Łupiński: Pogoda troszkę się popsuła. Zaczęło podać. Przez kilka ostatnich dni było wyjątkowo fajnie, nawet trzydzieści dwa stopnie Celsjusza, co jest niespotykane w tym czasie.

Jak trafiłeś do Tajwanu?

W 2010 roku poleciałem do Australii, od razu jak skończyłem studia. Planowałem zostać tam na rok. To było takie moje marzenie, które zaszczepiła we mnie koleżanka. Na jednej z imprez powiedziała mi, że zamierza polecieć do Australii i pomyślałem, że jest to jednak możliwe. Wyjechałem po obronieniu pracy magisterskiej. Użyłem do tego niemieckiego paszportu. Jestem ze Śląska, a tam sporo osób posiada też niemieckie obywatelstwo. Wykorzystywałem go wcześniej, gdy chciałem dostać się na przykład do Holandii, a Polska nie była jeszcze w Unii Europejskiej. Niemiecki paszport pozwalał mi uzyskać lepszą opcję wizową w Australii, która nazywa się working holiday.

Polacy mogą udać się tam tylko na wizach studenckich i turystycznych, które wiążą ich z jednym miejscem. Natomiast Niemcy mogą legalnie pracować i przemieszczać się. Po pół roku w Australii moje życie zmieniło się. Poznałem tam moją przyszłą żonę i uznałem, że przylecę do tego kraju na kolejny rok. Wróciłem do Polski na trzy miesiące, ona tam została, potem dołączyłem znów do niej. W sumie w Australii spędziłem prawie dwa lata. Tam z moją przyszłą żoną postanowiliśmy, że będziemy razem. Ogólnie poznaliśmy się na farmie truskawek. Szukałem wtedy desperacko pracy. Miałem tylko pięćset dolarów australijskich, które nie oferowały dużego komfortu.

Mieszkałem w namiocie przez pięć tygodni obok tej farmy, aby odłożyć jak najwięcej pieniędzy. Po Australii przyleciałem z żoną do Polski na miesiąc. Następnie przeprowadziliśmy się do Chin. Chcieliśmy osiąść tam, bo wydawało nam się, że Chiny będą łatwym miejscem do życia. Wyobrażaliśmy sobie, że jeżeli ja mówię po polsku, a ona po mandaryńsku, to będziemy kombinować coś z handlem. Jednak spóźniliśmy się z naszym pomysłem, bo okazało się, iż jest mnóstwo ludzi, którzy handlują pomiędzy Polską a Chinami. Ponadto ten kraj trochę nas rozczarował. Chodzi głównie o sposób życia oraz mentalność samych Chińczyków.

Znalazłem pracę w przedszkolu, gdzie uczyłem angielskiego. Następnie byliśmy blisko otworzenia cukierni, ale przeszkodzili nam w tym Chińczycy. Chodzi dokładnie o łapówki. Chińscy urzędnicy powiedzieli nam wprost, że jeżeli chcemy otrzymać licencję, to trzeba „dawać w łapę”. Stwierdziliśmy, że nie będziemy bawić się w takie coś i opuszczamy Chiny. Spędziliśmy tam półtora roku. Tajwan był blisko. Jest to też ojczyzna mojej żony, więc uznaliśmy, że spróbujemy tam. Przylecieliśmy w 2013 roku. Tutaj zaczęło nam się wszystko układać. Teraz jest dobrze i myślimy, że będziemy żyć tu przez kolejne pięć lat, może nawet dłużej.

Jak rozpoczęła się Twoja kariera w tajwańskiej lidze?

Zawsze lubiłem pograć w piłkę, zwłaszcza jak zmieniałem często miejsca, bo to pozwala poznać ludzi. Usłyszałem o Polaku (Robert Iwanicki – przyp. red.), który grał w amatorskiej lidze na Tajwanie. Poszedłem do jego drużyny na trening i zostałem. Graliśmy między sobą trzema ekipami po siedmiu przez dwie godziny. Zaś w niedzielę graliśmy już pełnymi składami po jedenastu, ale to była taka liga typowo niedzielna. Jej głównym sponsorem jest bar, składa się z trzynastu drużyn i jest to tak naprawdę największa liga na Tajwanie. Głównie są to zespoły mieszane, czasami w jednej ekipie jest kilkanaście narodowości. Ale są też drużyny trzymające się ściśle swoich nacji: zespół japoński, zespół gambijski i zespół nigeryjski.

I to jest liga czysto amatorska?

Tak. W zasadzie nikt tam nie trenuje, tylko ludzie przychodzą w niedzielę i grają. Piłkarzami są głównie studenci lub osoby, które przyjechały do Tajwanu pracować. Wszyscy po prostu chcą pokopać. Często piłkarze przychodzą skacowani na mecz, niektóre ekipy spóźniają się.

To tak jak w polskiej B klasie, A klasie (śmiech).

Dokładnie (śmiech). Poziom jest różny. Są piłkarze, którzy grają dobrze, są też zawodnicy z nadwagą.

A co z Taiwan Premier League?

To był pomysł Roberta Iwanickiego, który nas zorganizował i trenuje. On wpadł na pomysł, aby pograć trochę w poważnych ligach, które tutaj funkcjonują. Taką ligą jest Businessman League – lokalne rozgrywki w Taipei. Grało w niej wtedy około ośmiu drużyn tajwańskich. Robert wziął najlepszych graczy z tej ligi niedzielnej i zaczęliśmy tam grać. W trzecim sezonie wygraliśmy tę ligę. Wtedy zrodził się pomysł, aby zakwalifikować się już do najwyższej klasy rozgrywkowej jaka funkcjonuje tutaj na wyspie. Wówczas nazywała się First Division, potem zmieniono nazwę na Premier League. Nie udało się nam dostać do niej za pierwszym razem.

Nie ma tutaj takiego systemu jak w każdym innym kraju, w których do wyższej klasy rozgrywkowej dostają się drużyny z niższej ligi, ponieważ na Tajwanie nie ma drugiej ligi. Są różne rozgrywki lokalne, ale żadna nie jest bezpośrednio powiązana z Premier League. Musieliśmy się zgłosić do kwalifikacji. Zasady były proste. Dwa zespoły, które wygrywają kwalifikacje, grają potem z dwoma ekipami, które po sezonie znalazły się na dnie tabeli. Można nazwać to takimi barażami.

Za pierwszym razem, gdy chcieliśmy się zakwalifikować, włodarze ligi miesiąc przed kwalifikacjami poinformowali nas o wprowadzeniu limitu obcokrajowców w drużynie. Bodajże miało być pięciu lub sześciu obcokrajowców w składzie i maksymalnie trzech na boisku. Zaś nasza drużyna składała się z trzydziestu piłkarzy i mieliśmy w składzie tylko dwóch Tajwańczyków (śmiech). Robert musiał kombinować. Zostawił sobie sześciu najlepszych chłopaków. Dogadał się z jakąś lokalną drużyną Tajwańczyków, która dołączyła do tej szóstki. Nie udało im się awansować, bo Robert nie był w stanie zmontować w miesiąc drużyny, która zagrałaby na odpowiednim poziomie. Rok później zasady znów się zmieniły i zniesiono limit obcokrajowców. Zgłosiliśmy się po raz kolejny i w pełnym składzie zakwalifikowaliśmy się.

Drużyna Royal Blues  /fot. archiwum archiwum Adama Łupińskiego/

A twoje kontakty z piłką przed wyjazdem z Polski?

Nie było tego dużo. Gdy byłem młody, to nigdy nie ciągnęło mnie do żadnych klubów. Oczywiście grałem w piłkę odkąd pamiętam, ale było to kopanie z sąsiadami lub z tatą, który postawił mi bramkę i tak mnie trenował. Zatem z bramką jestem związany od dziecka, bo też pozycja bramkarza podobała mi się. W wieku czternastu lat miałem kilkumiesięczny epizod z Odrą Wodzisław. Dowiedziałem się, że szukają golkipera w moim przedziale wiekowym. Od samego początku miałem świadomość, że myśl szkoleniowa w tym klubie kuleje. Już zasada rekrutacji do zespołu była komiczna.

Na pierwszy trening przyszedłem ja i inny bramkarz. Potrzebowali tylko jednego, więc po treningu trener powiedział, że odbędą się rzuty karne i kto więcej obroni, ten zostaje (śmiech). Okazało się, że to ja wybroniłem więcej. Pojechałem z zespołem na obóz treningowy, na którym nikt nie przeprowadził ze mną treningu bramkarskiego. Był trening z drużyną, strzały i tyle. Nie wyglądało to dobrze. Miałem świadomość, że nie nauczę się za wiele i odpuściłem sobie. Potem zaczęła się szkoła średnia. Znalazłem sobie inną dyscyplinę sportową, czyli sztuki walki, które trenowałem przez cztery lata. Na studiach we Wrocławiu też nie miałem za dużo kontaktu z piłką.

Dlaczego pozycja bramkarza?

Trudno powiedzieć. Od samego początku ciągnęło mnie do tej pozycji. Ale jak przyjechałem do Azji, to nie chciałem stać na bramce. Już w Chinach grałem w amatorskim zespole na pozycji obrońcy. Natomiast tutaj w pierwszym meczu sezonu Businessman League nasz bramkarz dostał czerwoną kartkę, a drugi był jeszcze na wakacjach i na następne spotkanie nie mieliśmy nikogo na bramkę. Zatem przyznałem się na treningu, że kiedyś chwytałem piłkę. Okazało się, że pamiętam jeszcze jak broni się i w rezultacie zagrałem więcej meczów niż nominalny pierwszy bramkarz. I tak zostałem w bramce. Później też poziom drużyny rósł sukcesywnie i uświadomiłem sobie, że powrót w pole oznacza ławkę rezerwowych. Chociaż dobrze gram nogami, to technicznie na pewno nie jestem na tyle dobry, aby występować w polu w ekstraklasie tajwańskiej. Ale lubię być bramkarzem. Jest to inna presja, inna gra w głowie podczas meczu.

Jaki jest poziom ligi tajwańskiej? Do czego można ją porównać?

Trudno jest mi porównać ją do polskiej ligi, bo nie mam za dużego doświadczenia gry w Polsce. Też nigdy nie oglądałem naszych rozgrywek. Mieliśmy klub w Radlinie. Górnik  swego czasu był dobrym zespołem.

Wicemistrz I ligi z 1951 roku.

Tak. Było to lata temu. Ale gdy mieszkałem tam, to grali na takim poziomie, że nie chciało się ich oglądać. Myślę, że moja drużyna gra lepiej niż oni teraz (śmiech). Nasza liga jest na pewno dosyć niezrównoważona. Są dwie drużyny, które dominują (Kaohsiung City Taipower i Tatung F.C. – przyp. red.). One zatrudniają zawodników, których można nazwać prawdziwymi piłkarzami. Dostają pieniądze, trenują przez pięć dni w tygodni. Głównie z tych dwóch drużyn złożona jest reprezentacja. Radzą sobie z każdym, a między sobą rywalizują o mistrzostwo. Kolejne cztery drużyny to są zespoły uniwersyteckie, jedna to drużyna armii tajwańskiej, no i jesteśmy my, czyli amatorzy.

A są jakieś pieniądze z grania w najwyższej klasie rozgrywkowej?

Dla tych dwóch czołowych drużyn tak. Nie wiem jak to wygląda u innych. My w Royal Blues nie dostajemy pieniędzy. Mamy kontrakty, bo tego wymagała administracja i tak dalej, ale nie zarabiamy. Bardziej dokładamy do tego.

Czyli tak naprawdę hobby?

Tak, to jest hobby. Każdy z zawodników Royal Blues robi coś poza tym. Nikt nie gra tylko w piłkę. Większość to są studenci, reszta pracuje. Jest to jak najbardziej hobby, ale wymagające trochę więcej czasu i wysiłku, aniżeli kopanie w piłkę w lidze niedzielnej. Bo trenujemy dwa, trzy razy w tygodniu o godzinie dwudziestej. Jest to pora, w której każdy może zdążyć po pracy lub uczelni. Dlatego też mieliśmy problemy w niektórych meczach i musiałem wystąpić w tym sezonie cztery razy w polu. Ponieważ niektóre mecze były rozgrywane na przykład w środę o godzinie piętnastej trzydzieści, kiedy sześćdziesiąt procent drużyny nie może dostać się na mecz na czas. Mieliśmy abstrakcyjne sytuacje, gdzie nasz trener był zarejestrowany też jako zawodnik i musiał zagrać. W jednym spotkaniu mieliśmy trzech bramkarzy na boisku.

W takim wypadku trzeba mieć naprawdę dużo osób w składzie.

Tak. Jeden grał wtedy w bramce, drugi w obronie, trzeci w ataku (śmiech). Mamy zarejestrowanych ponad trzydziestu zawodników na każdy sezon, ale nigdy nie było tak, aby wszyscy znaleźli się na treningu. Przychodzi zazwyczaj około dwudziestu piłkarzy. Ale różnie jest z meczami. Czasami mamy sporą kadrę meczową, a czasami dwunastu piłkarzy, którzy mogą przyjść i zagrać.

Adam Łupiński  /fot. archiwum archiwum Adama Łupińskiego/

Jak wygląda komunikacja pomiędzy wami? Drużyna składa się przecież z kilkunastu nacji.

Przede wszystkim porozumiewamy się po angielsku. Czasami jest trudno czasami, bo większość zespołu to Latynosi. Podczas meczu oni rozmawiają między sobą po hiszpańsku, dlatego zaczynam łapać powoli słówka (śmiech). Ale generalnie to zawsze angielski. Style gry są bardzo różne, dlatego potrzebne są treningi. Latynosi grają inaczej niż Azjaci. Każdy trochę inaczej rozumie piłkę. Jest to wyzwanie, aby drużyna miała rację bytu, bo jest to jednak mocna mieszanka.

Można scharakteryzować jakoś tajwańską piłkę? Wyróżnia się czymś?

Dobre pytanie. Jest sporo gry z kontry, bo są to szybcy zawodnicy. Technicznie Azjaci nie są dobrzy. Lepsi są właśnie Latynosi, których mam w zespole. Potrafią przytrzymać piłkę, poruszać się z nią. Jest też dużo gry podaniami. Wydaje mi się, że spora liczba bramek pada po strzałach z pola karnego. Jest mało uderzeń z dystansu. Raczej drużyny starają się wpaść w pole karne. Szkoda, bo pada mało efektownych goli. Mentalność nie jest też chyba ich najmocniejszą stroną. Ponieważ jeżeli jakiejś drużynie strzeli się szybko dwie bramki, to ona poddaje się i przegrywa wysoko. Traci wiarę. Ale nie dotyczy to tych dwóch dominujących zespołów, bo one rzadko znajdują się w takiej sytuacji. Nie mam jednego słowa do określenia tej ligi.

Różnorodność.

Jest trochę różnorodności. Jak mówiłem, gole z pola karnego, szybkie kontry i mało techniki. Ale to nic dziwnego, jeżeli zobaczymy w rankingu, gdzie znajduje się reprezentacja. Chociaż teraz jest trochę lepiej. Selekcjonerem został niedawno Anglik. Wcześniej był nim trener najlepszej drużyny ekstraklasy, co też jest niezwykłe ponieważ w Europie nie zdarza się, aby selekcjoner prowadził jednocześnie klub. Był też stary Japończyk, który nie wiadomo czemu został zatrudniony po raz drugi. Mimo że nie miał sukcesów z kadrą i też nowych pomysłów. Był to jakiś dziwny pomysł związku. Ale tutaj jest spory bałagan. Podobno całą ligą, męską i damską, zajmuje się tylko jeden człowiek. Nieporozumieniem jest też sposób rozgrywania ligi. Bo mieliśmy w tym sezonie takie momenty, w których graliśmy sześć meczów na przestrzeni trzech tygodni. Później były dwa miesiące przerwy. Jeden mecz, potem dwa tygodnie pauzy i znowu taki maraton. Na przykład cztery mecze w dwa tygodnie.

Było to spowodowane głupotą, warunkami atmosferycznymi czy innymi zjawiskami?

Głupotą (śmiech). Na przykład jest chiński nowy rok, więc nie możemy grać w piłkę, bo trzeba świętować. A potem trzeba ten miesiąc nadrabiać. Trzy tygodnie temu skończyliśmy sezon. Nowy rozpocznie się dopiero pod koniec marca. Wszyscy sądzili, że będzie tylko miesiąc przerwy, aż w końcu dostaliśmy informację o pięciomiesięcznej pauzie.

Zatem co będziecie robić przez te pięć miesięcy?

Mecze towarzyskie. Mamy trzytygodniową przerwę od regularnych treningów. Większość zawodników mojej drużyny odpoczywa, ja również, bo muszę zregenerować mięśnie. Potem zaczynamy znów treningi. Ponadto każdy z zawodników Royal Blues gra w lidzie niedzielnej. Zatem będzie okazja, aby ta piłka była z nami cały czas. Trener nie zaleca nam gry w tej lidze, bo w niej jest bardzo łatwo o kontuzje i poziom jest zupełnie inny. Organizacja jak widzisz jest dosyć kiepska. Kolejny przykład. Jak mówiłem, że sezon się skończył, to miałem na myśli część zasadniczą. Teraz rozgrywane są play-offy. Nie rozumiem kompletnie tej koncepcji.

Dwie pierwsze drużyny grają o mistrzostwo, trzeci z czwartym o najniższy stopień podium?

Trochę inaczej. Związek zrobił tak, że pierwsza drużyna po pierwszej części sezonu gra o mistrzostwo z pierwszą drużyną z drugiej części sezonu. A o trzecie i czwarte miejsca grają trzecie i czwarte drużyny z każdej części sezonu. Dziwne to jest. Bo jakby popatrzeć teraz na tabelę, to drużyna grająca o trzecie miejsce po wszystkich kolejkach zajmuje piątą pozycję w tabeli. Miała lepszy początek sezonu, a później przegrywała, bo czuła się bezpiecznie. Było to widać w niektórych spotkaniach drużyn czołowych. One też odpuszczały, jak wiedziały, że zagrają w play-offach.

Drużyna Royal Blues /fot. archiwum archiwum Adama Łupińskiego/

W naszej rozmowie był wspomniany trener Robert Iwanicki. Rozumiem, że Panowie poznali się przez piłkę?

Poznałem Roberta na pierwszym treningu. Był to też pierwszy Polak, którego spotkałem na Tajwanie.

Jakim jest trenerem?

Myślę, że jest dobrym. Nie jest rewelacyjny, ale ma pojęcie o piłce (śmiech). Jest pasjonatem. Jedyne książki, które czyta, a jest ich dużo, to o tematyce piłkarskiej. Szkoli się cały czas, zdobywa kolejne licencje i ma bogatą przeszłość piłkarską. Grał w Polsce i w Niemczech. Prowadzi swoją szkółkę piłkarską dla dzieci od lat trzech do dwunastu. Piłka to jest jego codzienność. Inwestuje mocno w Royal Blues. Nie mamy znaczących sponsorów i czasami na pewno dokłada. Jest przygotowany na każdy trening. Wie dokładnie co mamy robić. Chociaż ma pod górkę, bo czasami zamiast dwudziestu chłopaków przyjdzie piętnastu i traci koncepcję planowanych zajęć.

Nie ma doświadczenia z innymi drużynami, co też na pewno ma znaczenie, lecz zdecydowanie jest mocno zaangażowany w to co robi. Jego marzeniem jest to, aby Royal Blues stał się zespołem profesjonalnym i żeby zagościł na dłużej w najwyższej klasie rozgrywkowej. To też zależy jak piłka na Tajwanie będzie rozwijać się. Zajmie to na pewno jeszcze parę lat.

Jaki jest poziom sędziowania w tajwańskiej lidze?

Średni. Są mecze, w których sędziowanie jest na solidnym poziomie. Ale są i takie, w których schodzimy z poczuciem bycia pokrzywdzonymi z powodu tego, że jesteśmy obcokrajowcami. Zdarzają się sytuacje dość przedziwne, ale są to już odosobnione przypadki. Nie chcę mówić tutaj o jakimś rasizmie, ksenofobii skierowanej w naszą stronę. Ale są spotkania, przy których można powiedzieć zdecydowanie, że sędzia nie będzie gwizdał dla nas. Wówczas przydarzają się karne, których nie powinno być. Jest dużo fauli dla przeciwników. My jesteśmy za to faulowani bez konsekwencji. Wszyscy mają przyszywkę z logiem FIFA, więc sądzę, że są przeszkoleni.

Mogli sobie sami doszyć (śmiech).

Albo tak (śmiech). Po jednym meczu wysłaliśmy do związku pismo z prośbą, aby konkretny sędzia nie gwizdał już nigdy naszych spotkań. Byliśmy przez niego naprawdę pokrzywdzeni. Na przykład nasz zawodnik dostał kartkę w przerwie meczu, gdzie wszyscy zeszli z boiska. Otrzymał za to, że kopnął piłkę do góry. Ja dostałem też kartonik za faul, którego nie dopuściłem się. Był też karny dla przeciwnika, chociaż to ja zostałem sfaulowany. Jednak w oczach sędziego było inaczej. Mamy świadomość tego, że nigdy nie będą gwizdać dla nas. Przynajmniej nie zdarzyło się to przez te dwa lata. Często denerwowaliśmy się przez to.

Kilku sędziów prywatnie zakomunikowało nam, że musimy mniej protestować, bo jest dużo głosów, że agresywnie reagujemy na ich decyzje. W drużynie mamy piłkarzy z kilku nacji, którzy są bardzo nerwowi. Tacy Japończycy będą siedzieć cicho, za to Latynosi będą machać rękoma i krzyczeć. Przez te dwa lata nauczyliśmy się jak grać z tymi arbitrami i już nie zdarzają się niepotrzebne dyskusje na boisku. Myślę też, że oni mogą patrzeć na nas przychylniejszym okiem, ponieważ przyzwyczaili się do nas. W pierwszym sezonie słyszeliśmy głosy, że szybko wylecimy z ligi, bo jesteśmy poskładani z różnych narodowości. A okazało się inaczej.

Mieliście przeczucie, że któryś sędzia przyjął łapówkę od drużyny przeciwnej? 

Nie wydaje się mi, żeby były to łapówki. Raczej nie było to aż tak oczywiste. Chodziło bardziej o sympatię do drużyny przeciwnej, a nie dla nas.

Taki patriotyzm.

Tak. Nie jest to łatwe. Ale też nie chce rzucać złego światła na sędziowanie tutaj, bo raczej łapówkarstwa na Tajwanie nie ma. Nasz były drugi trener pracował na drugim poziomie rozgrywkowym w Chinach i tam spotkał się z olbrzymią korupcją. Lecieli na przykład pięć godzin na mecz i wiedzieli, że cokolwiek zrobią, to i tak nie wygrają w miejscu, do którego udają się. Ten sam trener pracował pół roku w Gambii, gdzie również korupcja stoi na wysokim poziomie. Chociaż zrezygnował z pracy z innego powodu. Jako trener-Anglik dostawał dosyć fajne pieniądze, ale dowiedział się, że jego zawodnicy nie zarabiają, więc zaprotestował i opuścił klub.

Royal Blues /fot. archiwum archiwum Adama Łupińskiego/

Wspominałeś o kobiecej piłce. Jak bardzo jest rozwinięta na Tajwanie?

Jest liga kobieca, złożona z pięciu drużyn. Jedyne co wiem, to że piłkarki są lepiej finansowane niż my przez związek.

To chyba jest nowość, jeżeli chodzi o piłkę nożną.

W tym sezonie dostaliśmy tyle, że wystarczyło na pokrycie kosztów podróży i na noclegi, ale boiska musieliśmy opłacać z własnej kieszeni. Mamy dostać podobno więcej pieniędzy w przyszłym sezonie. Nie wiem o jakie sumy chodzi, ale może pojawią się wreszcie jakieś małe pensje, co byłoby miłym dodatkiem. Bo każdy musi dołożyć dziesięć, dwadzieścia złotych, aby dojechać na trening. Miesięcznie płacimy składki, żeby zagwarantować sobie przede wszystkim dostęp do obiektów, które nie są tanie. Na Tajwanie jest sporo boisk, które powstały niedawno, gdy Taipei organizował Uniwersjadę. Dlatego nie jest źle, bo możemy grać mecze ligowe na różnych, fajnych obiektach. Jednak nie jest łatwo załatwić sobie takie boisko. Trudno przejść przez całą administrację, zwłaszcza jak jest się drużyną złożoną z obcokrajowców.

To gdzie trenujecie?

Trenujemy na boisku, które należy do uniwersytetu. Ale przez pół roku nie mieliśmy niczego i trenowaliśmy na boisku miejskim, ogólnodostępnym przy włączonej jednej lampie. Nie mogliśmy sobie zagwarantować czegoś lepszego. Są piękne obiekty, które wynajmują drużyny lokalne, grające w amatorskich ligach, które są gorsze nawet od naszej ligi niedzielnej. Ale w tych zespołach są faceci, którzy mają wtyki i nie muszą nawet płacić za wynajem. My mieliśmy spory problem. Nie mogliśmy korzystać z boiska uniwersyteckiego, bo było obiektem używanym podczas Uniwersjady. I był to też dziwny pomysł. Bo ktoś stwierdził, że jeżeli na tym obiekcie będzie Uniwersjada, to nie możemy grać na nim, żeby nie uległ zniszczeniu, chociaż ma sztuczną nawierzchnię. Zasypali go granulkami, postawili trybuny i przez kilka miesięcy był zamknięty dla wszystkich.

Takie trochę polskie myślenie.

Kiedy ponownie mogliśmy na nim trenować to postawili nam jeszcze cenę zaporową za wynajem. Ale to udało nam się obgadać, bo nikt nie był w stanie wynająć tego boiska. Życzyli sobie bodajże dwa tysiące pięćset złotych za dwie godziny. Teraz cena jest cztery razy niższa. Boisko udostępniamy drużynom amatorskim, które grają na jednej połowie, na drugiej zaś trenujemy my. Czasami boisko dzielimy też ze swoją drużyną U23. Co jest ciekawe, bo Royal Blues jest pierwszym zespołem w Taiwan Premier League, który posiada drużynę młodzieżową. Powstała ona dzięki połączeniu się ze szkółką piłkarską pewnego Duńczyka. W ten sposób próbujemy zachęcić większą liczbę Tajwańczyków do gry dla nas.

Może wtedy sędziowie będą gwizdać przychylnie.

Może i tak (śmiech). Zapewne za parę lat nasz zespół będzie mocno tajwański. Mamy nadzieję, że poziom wszystkiego będzie coraz wyższy. Kadra ma małe sukcesy. W końcu ludzie zaczęli przychodzić na mecze drużyny narodowej, bo na ligowe nie przychodzi praktycznie nikt. To jest smutne. Gramy czasami mecz na stadionie o pojemności bodajże czterdziestu czy pięćdziesięciu tysięcy ludzi, a na trybunach siedzi trzydzieści osób.

Być może jest to wina tego, że piłka nożna nie jest tam sportem narodowym.

Zdecydowanie! Tutaj królują baseball i koszykówka.

Żona i córka towarzyszą ci w karierze piłkarskiej czy jednak rodzina zostawia to tobie, jako twoją ucieczkę od dnia codziennego?

Treningi i mecze to moja mała ucieczka od codziennej rutyny. One mecze oglądają przez Internet, ale tylko wtedy, gdy moja żona wie, że gram. Jeżeli dostaje informację, że siedzę na ławce, to sobie odpuszcza. Nie jest piłkarską pasjonatką i raczej wspiera mnie niż kibicuje klubowi. Ale pozwala mi trenować, mam swobodę w tym, co nie było łatwe, kiedy nasza córka była mniejsza.

Czy są jakieś mecze z drużynami z Chińskiej Republiki Ludowej, biorąc pod uwagę skomplikowane relację pomiędzy Tajwanem a Chinami kontynentalnymi?

Nie byłem świadkiem takich spotkań.

A piłkarze z Chińskiej Republiki Ludowej grają w tajwańskiej lidze?

Raczej jest na odwrót. To tajwańscy piłkarze chcą grać w Chinach, bo to oznacza po prostu początek prawdziwej kariery piłkarskiej i lepsze zarobki. Owszem piłkarze tych dwóch czołowych drużyn zarabiają, ale nie są to też wielkie kwoty. Funkcjonują raczej jak w polskich drużynach górniczych. Są zatrudnieni na etat, na przykład przez Taipower. To największy dostawca energii. Natomiast Tatung to producent AGD. Coś na kształt polskiej Amici.

Co jest interesującego w tajwańskiej kulturze? Co ciebie urzekło?

Ludzie są sympatyczni. Są bezproblemowi i bardzo pomocni. Tajwan jest bardzo bezpieczny. Zdarzają się oczywiście jakieś przestępstwa, ale jest ich mało. Nie ma dresiarzy, pijaczków. Funkcjonują jakieś gangi, ale nic ci nie zrobią, jeżeli z nimi nie zadrzesz. Nikt nie podejdzie do ciebie na ulicy i zaatakuje. Bez problemu puściłbym swoją żonę na spacer o trzeciej w nocy. Jednak trzeba pilnować dzieci, bo jest dużo samochodów i skuterów. Żona uczula mnie, abym bardziej uważał na naszą córkę, ponieważ ma urodę europejską i wyróżnia się. Wygląda generalnie jak mała Polka, przez co przyciąga uwagę i nie wiadomo czy nie przyciągnie za bardzo czyjeś uwagi.

Jedzenie na Tajwanie jest najważniejszą rzeczą. Wszystko kręci się wokół tego. Jest mnóstwo restauracji, zjeść coś można o każdej porze dnia i nocy. Wszelkie święta narodowe to po prostu jedzenie. Nawet wyjazdy rodzinne w góry są zdominowane przez planowanie obiadu. Obcokrajowcom żyje się dosyć wygodnie. Nie musimy przejmować się polityką. Jest gdzieś świadomość, że są wycelowane w nas chińskie rakiety, które mogą wystrzelić w każdym momencie. Chociaż to tylko fikcja, bo sytuacja nie jest aż tak bardzo napięta.

Jest jeszcze 7Eleven, czyli podstawa bytu dla Tajwańczyków. Gdyby zamknięto wszystkie te sklepy, wówczas życie na wyspie przestałoby funkcjonować. No i są widoki. Góry, gorące źródła, plaże, wodospady, rzeki. Można surfować, na południu jest też rafa koralowa. Mamy szybką kolej, która pozwala dostać się wszędzie. Tajwan jest też wolny od nachalnej religii. Żadna nie dominuje, ani też nie wywyższa się. Funkcjonują obok siebie. W Taipei jest nawet ulica, przy której stoją obok siebie meczet i kościół.

Obserwujesz polską reprezentację w piłce nożnej?

Tak. Chociaż nie jest to łatwe, bo wszystkie mecze muszę oglądać o drugiej, trzeciej w nocy.

Daleko dojdziemy na mundialu?

Martwi mnie to, że drużyna opiera się mocno na Lewandowskim. Jeżeli coś się mu stanie, to nie wiadomo czego można się spodziewać. Musimy wyjść na pewno z grupy. Mistrzostwa Europy były dobre. Spotykaliśmy się tutaj i oglądaliśmy każdy mecz Polaków. Może uda się awansować do półfinału.

Staraj się w lidze, bo Artur Boruc zakończył karierę reprezentacyjną, więc jedno miejsce w bramce jest (śmiech).

Najpierw muszę wywalczyć miejsce w swoim klubie (śmiech).