Znajdź nas

Długie rozmowy

„Jeżeli Tokio przyniesie medal, to będę bardzo szczęśliwy”. Jacek Czech i jego złoty sezon

Jacek Czech w tym roku zdobył po raz pierwszy w karierze złoto Mistrzostw Europy w parapływaniu. Jeden z najlepszych reprezentantów Polski w tej dyscyplinie celuje teraz w przyszłoroczne Mistrzostwa Świata oraz Igrzyska Paraolimpijskie w Tokio w 2020 roku. Jacek Czech wywiadzie dla „Magazynu Sportowiec” opowiada o tym, dlaczego nie zdobył jeszcze medalu na Igrzyskach oraz o codziennych problemach niepełnosprawnych sportowców.

Jacek Czech podczas ceremonii dekoracji
Jacek Czech na podium i medalem /fot. archiwum prywatne Jacka Czecha/

Szymon Kastelik: Osiągnął pan kolejny wielki sukces w swojej karierze, jakim jest zdobycie złota na mistrzostwach Europy. Co oznacza dla pana ta zdobycz?                                                                                 Jacek Czech: Na pewno jest to ukoronowanie dotychczasowej mojej czternastoletniej kariery sportowej. Również olbrzymia satysfakcja z dobrze wykonanej pracy oraz wielka duma.

Oprócz złota zdobył pan na czempionacie srebro i brąz, a w tym roku również medale mistrzostw Polski. Jak ocenia pan ten sezon jako całość?

Był to udany sezon. Na pewno dobrze przepracowany i z dobrymi wynikami. Było w nim również trochę wyzwań. Jestem zadowolony, że udało się wszystko zrealizować. Jednakże był to zdecydowanie inny sezon w porównaniu do poprzednich, bo zmieniłem metody treningowe. W większości czasu trenowałem na basenie 25-metrowym w Zakopanem. To poprawiło moją wytrzymałość i jak widać po wynikach przyniosło pozytywne efekty.

Co jeszcze dały zmiany w treningu?

Potrzebowałem zmiany bodźców i zwiększonego czasu na regenerację, ponieważ od kilku sezonów mój organizm był skrajnie wyczerpany. Od 2013 roku, gdy zacząłem przygotowania do Igrzysk Paraolimpijskich w Rio de Janeiro, nie miałem czasu na odpoczynek. W poprzednim roku był wyjazd do Meksyku na mistrzostwa świata. Były to ekstremalne zawody uwarunkowane nie tylko zmianą czasową, ale też wysokością. Zawody odbyły się ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza w miejscu, gdzie jest ograniczona ilość tlenu. Na to wszystko wpłynął jeszcze wybuch wulkanu. Zawody zostały przełożone i cały sezon przeciągnął się o kolejne dwa i pół miesiąca. Dlatego musiałem zmienić trochę w tym roku obciążenia i treningi, tak aby mieć więcej czasu na regenerację organizmu. To był strzał w dziesiątkę .

Kolosalną zmianą było dla mnie również a nawet przede wszystkim nawiązanie współpracy z firmą AutoŻoliborz – dealer Opel, Chevrolet, Cadillac. Firma AutoŻoliborz udostępniła mi świetne auto, dzięki któremu mogę bezpiecznie i bez problemu dojeżdżać na treningi oraz zawody. To pozwala mi zaoszczędzić mnóstwo czasu i energii. Nabrałem wiatru w żagle i zmotywowałem się do jeszcze cięższej pracy.

Gdy spojrzymy na pańskie osiągnięcia, to boli trochę brak medalu paraolimpijskiego. Wierzy pan, że za dwa lata uda się osiągnąć sukces w Tokio?

Rzeczywiście nie udało mi się zdobyć tego medalu, który jest najcenniejszy dla każdego sportowca. Najbliżej zdobycia medalu byłem podczas Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie w 2012 roku. Czy teraz nastawiam się na ten medal? Na pewno będę chciał popłynąć najlepiej jak potrafię. Na pewno też dam z siebie wszystko, ale to jest sport i wszystko jest możliwe. Teraz kładę nacisk na rozwój. Chcę iść do przodu i zwiększać swój potencjał oraz wiedzę aby jak najefektywniej wykorzystywać to na treningach oraz zawodach. Na pewno nie będzie łatwo. Zdaję sobie sprawę, że nie startowałem nigdy na kontynencie azjatyckim. Pierwszy taki start będę miał za rok na mistrzostwach świata w Malezji. Jeżeli Tokio przyniesie medal, to będę bardzo szczęśliwy. A jeżeli nie, no to cóż, to jest po prostu sport.

Jacek Czech i jego medale

Jacek Czech ze swoimi medalami /fot. archiwum prywatne Jacka Czecha/

Na Igrzyska Paraolimpijskie do Rio de Janeiro jechał pan jako faworyt do medalu. Nie wyszło… 

To prawda. Do Mistrzostw Europy, które odbywały się w maju w Funchal wszystko szło bardzo dobrze. Niepowodzenie w Rio de Janeiro było uwarunkowane kilkoma czynnikami. Pierwszym z nich była bardzo mocna konkurencja ze strony zawodników z Chin u których nastąpił niesamowity progres w wynikach. I te różnice czasowe, jakie pojawiły się w Rio de Janeiro, były dla mnie nie do przeskoczenia. Chińczycy, którzy pływali pół roku przed igrzyskami na pięćdziesiąt metrów w czasie 01:25 min. W Rio de Janeiro przepłynęli nagle ten sam dystans w 47 sekund. Trzydzieści sekund jakie urwali dawało im nowe rekordy świata na tym jak i również na innych dystansach. Realne było dla mnie czwarte miejsce, ale też na wynik miał wpływ tamtejszy klimat i warunki pogodowe. To bardzo duże obciążenie dla mojego organizmu. Nie byłem do tego klimatu tak dobrze przygotowany. To są takie niuanse, ale mające znaczny wpływ na wynik sportowy.

W jednym z wywiadów sprzed kilku lat przyznał pan, że głównym problemem w Londynie były sprawy organizacyjne, związane zwłaszcza z pańskim bratem czy opłatami. W Rio de Janeiro było pod tym kątem lepiej?

Gdyby pewne sprawy związane z przygotowaniami do Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie wyglądały inaczej pod kątem organizacyjnym i sportowym, to wtedy medal byłby jak najbardziej realny. Na pewno każdy sportowiec może to potwierdzić, że w sporcie potrzebny jest spokój i czysta głowa. Ja tego nie miałem, więc miało to znaczący wpływ na wyniki w Londynie. W Rio do Janeiro problem ten został rozwiązany wcześniej. Mój brat pojechał do Brazylii i w jakiś sposób wziął na siebie ciężar organizacji i logistyki na zawodach.

Zapewne słyszał już pan wiele pytań na temat wypadku i początku pływania, dlatego ominę tę kwestię. Bardziej chciałbym dowiedzieć się, jak uprawianie sportu na najwyższym poziomie działa na człowieka, którego spotkało tak wielkie nieszczęście?

To zmieniało się w moim życiu w perspektywie tych wszystkich lat mojej kariery. Na początku było zaciekawienie, poznanie, chęć rywalizacji na każdym treningu. Ciągły niedosyt wyjazdów i startów z braku środków finansowych. Później nadszedł czas, kiedy pływanie zaczęło sprawiać mi olbrzymią frajdę. Mogłem poznawać nowe miejsca i innych sportowców. Teraz sport daje mi niesamowitą wiedzę. Poznawanie metod treningowych, nowych ośrodków oraz nawiązanie nowych znajomości ze sportowcami z różnych dziedzin i wymieniania z nimi swoich doświadczeń. Jeżeli chodzi o sport wyczynowy związany z osobami niepełnosprawnymi, to daje on możliwość sprawdzenia swojego potencjału, rywalizację, ale też jest wyzwaniem oraz wzmocnieniem swojego organizmu. Jednakże przychodzą też takie momenty, gdy sport jest bardzo niebezpieczny, gdyż może dojść do wielu kontuzji. To jest pewne ryzyko, bo obciążenia, które dotykają sportowców pełnosprawnych i niepełnosprawnych, to ponad trzysta procent obciążeń dla przeciętnego człowieka.

A czy sport daje też osobie niepełnosprawnej odwagę i brak poczucia wstydu?

Na pewno tak. Podróżujemy i spotykamy się z różnymi ludźmi. Jako sportowcy występujemy na arenie basenów i hal, gdzie jest jednak publiczność. Dodatkowo w pływaniu strój kąpielowy to maksimum, więc trzeba rozebrać się i pokazać swoje ciało, które nie zawsze jest idealne. W momencie, gdy człowiek jest porażony lub jest po amputacji, to nie zakryje skaz i musi zaakceptować siebie. Wzmacnia to świadomość poczucia własnej wartości.

Czyli uważa pan, że każda osoba niepełnosprawna, o ile oczywiście może, powinna uprawiać sport?

W Polsce jest to olbrzymie wyzwanie. Po pierwsze, trzeba znaleźć ludzi, którzy wesprą człowieka w uprawianiu sportu. Znaleźć również środki i obiekty. Natomiast uważam, że każdy powinien uprawiać sport, nawet amatorsko. W takim wymiarze, który sprawi mu przyjemność i zwiększy możliwości. To jest otwieranie się na ludzi. To jest jak najbardziej potrzebne. Jednak znam także osoby, które nie potrzebowały sportu do osiągnięcia swoich celów i marzeń. Bo w sporcie często rośnie rozgoryczenie i zwątpienie. Nie każdemu udaje się osiągnąć sukces.

Jacek Czech w wodzie

Jacek Czech podczas treningu /fot. archiwum prywatne Jacka Czecha/

Już pan trochę w naszej rozmowie napomknął o sprawie chyba najważniejszej dla sportowca, czyli o jego zapleczu. Jak obiera pan podejście w Polsce mediów, władz i sponsorów do kwestii niepełnosprawnych sportowców? Wszystko zmierza w dobrym kierunku?

Sportowcy muszą organizować się i wywierać wpływ na władze od najniższego szczebla, czyli od samorządów, a dalej na władzach wojewódzkich czy też na poziomie rządu. To jest bardzo trudne, ponieważ rozgłos medialny jest mocno ograniczony. Ludzie nie zdają sobie sprawy ile wysiłku, wyrzeczeń i czasu kosztuje bycie sportowcem. Utarło się również przekonanie, że sportowcy niepełnosprawni to herosi. Jest to prawda, ale tym herosem nie zostaje się z dnia na dzień. To jest proces długofalowy i nie zawsze jest lekko. Wielu ma też mylne wrażenie, co może wynikło z przekazu medialnego i pokazywanie uczestników olimpiad specjalnych, że sportowcy niepełnosprawnymi są już zwycięzcami, bo po prostu startują. A przecież muszą wygrywać, aby móc trenować dalej.

Obciążenia jakie działają na niepełnosprawnych sportowców są o wiele większe niż te, które działają na pełnosprawnych, gdyż w przypadku porażeń części ciała lub amputacji pozostałe funkcje przejmują sprawne mięśnie. I dlatego musimy poświęcać o wiele więcej czasu na rehabilitację oraz regenerację. Jak wiadomo potrzebne są też pieniądze, aby opłacić sobie wynajęcie obiektów sportowych, trenerów, fizjoterapeutów, dietetyka, psychologa, fizjologa oraz wyjazdy. Do tego suplementacja oraz sprzęt, który z roku na rok jest coraz bardziej profesjonalny, zaawansowany techniczne i co za tym idzie, jest droższy. Tak naprawdę koszt przygotowań czteroletnich do igrzysk zaczyna się w od ośmiuset tysięcy do miliona czterystu złotych.

Jak pokazał przykład Alicji Tchórz, niektórzy nie mają pełnego wyobrażenia o tym kim jest sportowiec wyczynowy. Nagroda rzędu dwustu złotych, które otrzymała, jest po prostu kwotą nieadekwatną do wysiłku i oczekiwań. Każdy chciałby, aby sportowiec przywoził medal, ale  najpierw trzeba zainwestować w niego i nie zawsze ta inwestycja jest procesem, który zakończy się natychmiast. Uważam, że powoli ta świadomość zmienia się i pojawiają się pieniądze. Pytanie jest tylko, czy one docierają do tych osób i programów, na które rzeczywiście są przeznaczone? Miejmy nadzieję, że tak. Środków i sponsorów potrzeba jak najwięcej. Ale to jest apel do mediów, aby częściej nas pokazywały. Bo niestety jest to taki zamknięty obieg. Jeżeli jest rozgłos medialny, to są i sponsorzy. Samymi wynikami nie da się ich przyciągnąć. Musi być zainteresowanie mediów.

Jest pan osobą rozpoznawalną? Rozdaje pan autografy?

Na początku byłem zaskoczony, ale teraz coraz częściej mam spotkania z młodzieżą nie tylko w szkole, ale też na treningu lub na zawodach, czekając na wywiad czy też nawet w przypadkowym miejscu. Przychodzą dzieci, młodzież, również osoby dorosłe i proszą o autograf. Jest to bardzo miłe i pozytywne. My sami sportowcy powinniśmy wychodzić z cienia i walczyć o rozpoznawalność. Bo im częściej będziemy uczestniczyć w jakiś spotkaniach lub pokazywać się w mediach, to będziemy przyciągać nowe osoby i je motywować do działania.

Czego panu życzyć na najbliższy czas?

Zdrowia, siły i wytrwałości na treningach. Radości z każdego dnia. I żeby znalazły się środki na moje przygotowania do Igrzysk Paraolimpijskich w Tokio. Wtedy miałbym spokojną głowę i mógłbym skoncentrować się na treningach.

Nieszczęśliwie zakochany w sporcie od momentu narodzin. Współtwórca Magazynu Sportowiec. Redaktor Studenckiego Radia Egida. Ale przede wszystkim kibic.

Więcej w Długie rozmowy