Magazyn Sportowiec – wywiady, analizy, komentarze sportowe

Wojciech Osiecki dwukrotnym mistrzem świata w łucznictwie konnym. „Jesteśmy razem z koniem jak Centaur”

Wojciech Osiecki na koniu / fot. Agnieszka Ulaszek-Szybis / https://www.facebook.com/Stajnia-GROM-343304555709992/

Szymon Kastelik: Jak to się stało, że Wojciech Osiecki zaczął uprawiać tę dosyć nietypową dyscyplinę sportową?

Wojciech Osiecki: Zaczęło się to przypadkowo. Wcześniej zajmowałem się jeździectwem. Byłem wyczynowym skoczkiem przez przeszkody. W związku z pewnymi zmianami życiowymi przypadkowo trafiłem do miejsca, tuż obok którego jest gród rycerski. Poznałem grupę ludzi zajmującą się rekonstrukcją historyczną. Przeważnie okresem około grunwaldzkim, czyli walką na miecze, łucznictwem, rycerstwem. Pokazali mi łucznictwo. Najpierw te klasyczne stacjonarne. Uznałem je za zbyt mało aktywne. Dlatego chwyciłem za łuk na koniu i zacząłem tak z niego strzelać. Później zacząłem iść w to bardziej profesjonalnie. Poznałem innych ludzi, którzy zajmują się tym sportem. I tak krok po kroku.

Gdy zajmował się pan jeszcze klasycznym jeździectwem, to miał pan jakieś osiągnięcia na swoim koncie?

Tylko na etapie juniorskim. Kiedyś jeździłem na spartakiadzie młodzieży. Potem zajmowałem się głównie trenowaniem koni i ludzi. Miałem swój pensjonat dla ludzi z końmi. To była już raczej praca zawodowa z końmi.

Wojciech Osiecki na koniu /fot. Agnieszka Ulaszek-Szybis / https://www.facebook.com/Stajnia-GROM-343304555709992/

Skąd wzięła się u pana ta miłość do koni?

Miałem dziesięć lat. Mój tata jeździł konno, ale raczej nic profesjonalnego. Pewnego razu zabrał mnie do Opola. Tam działała szkółka jeździecka. Odbyłem dwutygodniowy kurs jeździecki. Spodobało mi się to. I tak zacząłem jeździć na koniach. Z czasem utworzono właśnie w Opolu sekcję skokową, do której dostałem się. Przez pięć, sześć lat trenowałem kilka razy w tygodniu. Jeździłem na zawody regionalne i ogólnopolskie. Potem zacząłem w tym kierunku specjalizację na studiach. I tym samym pasja przerodziła się w profesję.

Mógłby pan opisać pokrótce o co chodzi w łucznictwie konnym?

Zasady są podobne tak jak w klasycznym dyscyplinach strzeleckich. W łucznictwie na koniu trzeba oddać strzał w taki sposób, aby trafić w cel. Duże podłoże w łucznictwie konnym pochodzi z historii. Czynnikami do osiągania sukcesów jest umiejętna jazda konno oraz posługiwanie się bronią na koniu. Dlatego w tej dyscyplinie sportowej ważne jest branie pod uwagę prędkości zwierzęcia oraz celności człowieka. Toteż liczone są punkty zarówno za trafienia, jak i za prędkość konia. Ponieważ o wiele trudniej trafić i o wiele mniej wypuści się strzał na szybszym koniu.

A jakie są konkurencje?

Mamy trzy główne konkurencje: koreańską, węgierską i polską. Koreańska polega na tym, że strzela się w miarę szybkim tempie do tarcz ustawionych po jednym z boków w odniesieniu do położenia toru. Zawodnik jedzie i strzela po kolei do rozstawionych celów. Drugi typ to konkurencja węgierska. Na torze łucznik strzela w jeden określony punkt. Zbliżając się do celu, cały czas strzela. Potem z najbliższej odległości, aby następnie oddala się od celu i strzela do tyłu. I trzeci typ konkurencji to cross. Tutaj mamy swój wkład, ponieważ w tym przypadku mówi się o torze polskim. Jest to jazda w terenie, gdzie trasa jest zróżnicowana. Jeździmy po lesie lub po otwartych przestrzeniach. Tory są częściowo ogrodzone. Polega ona na oddawaniu strzałów we wszystkich kierunkach w zróżnicowanym tempie. Jest to konkurencja najbliższa sytuacjom bojowym, które w przeszłości miały miejsca na polach bitewnych.

Która konkurencja jest pańską ulubioną?

Ta ostatnia. Jest bardzo ciekawa i wymagająca. Dla mnie jako jeźdźca jest to coś idealnego. Ogólnie tor polski uważany jest za najtrudniejszy. Natomiast ja lubię takie, ponieważ mogę wykorzystać przy nich swoje umiejętności jeździeckie, które nabyłem wcześniej. A nie łucznicze, ponieważ w moim przypadku łuk przyszedł późno. To było około siedem lat temu. Dlatego wolę pokazać swoją jeździecką stronę. Potwierdzeniem tego, iż podoba mi się ten tor, było zdobycie w tym roku mistrzostwa świata na Węgrzech właśnie w tej konkurencji.

Wojciech Osiecki na koniu podczas treningu /fot. www.facebook.com/Stajnia-GROM-343304555709992/

Sytuacja łucznictwa konnego w Polsce jest dobra?

Na pewno jest to sport niszowy. Aczkolwiek cały czas obserwuję wzrost zainteresowania tą dyscypliną. Jest u nas grupa łuczników, w której rywalizujemy sobie na podobnym poziomie. Nie ma takiej sytuacji, że tylko jeden zawodnik dominuje. Jest to pozytywne, ponieważ motywuje to do pracy i pobudza ambicję sportową. Natomiast za granicą przodują Węgrzy i Francuzi, ale Polska też znajduje się w czołówce światowej.

Jak wygląda standardowy cykl szkoleniowy?

Trening przebiega trzy etapowo. Najpierw trzeba zacząć od treningu konia. Należy przygotować go w odpowiedni sposób. Przede wszystkim przyzwyczaić do łuku, czyli do dźwięku wydobywającej się z niego strzały. Są to dźwięki, których koń obawia się naturalnie, ponieważ przypomina on odgłosy bata. Dlatego gorzej jest z końmi, które mają złe doświadczenia. Oczywiście jednocześnie przygotowuję konia już na prawdziwą rywalizację. Jednak wygląda to trochę inaczej niż w jeździectwie klasycznym. Jeździmy na stojąco, czyli musimy odseparować się od grzbietu wierzchowca, aby móc oddać strzał z łuku.

Czyli koń prowadzi się sam?

Zwierzę musi samo utrzymywać tempo i kierunek jazdy. Musi nauczyć się wykonywać samemu zadania, czyli biec od punktu „a” do punktu „b” bez większych korekcji. I to jest ta pierwsza część treningu. Dopiero później można skupić się na własnym działaniu. I w tym przypadku trening wygląda tak jak w każdym sporcie, czyli polega na ciągłym powtarzaniu i poprawianiu błędów. Muszę szlifować technikę, zwinność, zręczność, a w dalszej kolejności siłę i wydolność.

Zadam trochę filozoficzne pytanie. Kto jest ważniejszy. Koń czy łucznik?

To jest takie same pytanie, jak to co było pierwsze: jajko czy kura (śmiech). Nie można tego rozdzielić. Jesteśmy razem z koniem jak Centaur. Nie ma zwierzęcia bez łucznika i nie ma łucznika bez zwierzęcia. Sam wielokrotnie doświadczyłem, że nie udało się osiągnąć założonego wyniku, ponieważ koń nie dał rady. Bał się strzał lub galopował za szybko. I również tak samo było w drugą stronę. Chociaż lepiej, aby w tym duecie to koń był dobrze przygotowany do rywalizacji. Ponieważ człowiekowi łatwiej jest wyjaśnić pewne kwestie. Dlatego dla mnie koń w tej pracy jest odrobinę ważniejszy.

Wojciech Osiecki ma swojego wiernego towarzysza?

Mam. Ćwiczę z nim w domu oraz gdy tylko mogę, zabieram go ze sobą na zawody. Właściwie dzięki temu koniowi osiągnąłem swoje najlepsze wyniki i utrzymuję się na wysokim poziomie. Koń nazywa się Mr Jumer Bar. Ma obecnie dziewięć lat, a trenujemy razem od trzech lat. Jemu zawdzięczam te dwa złote medale Mistrzostw Świata zdobyte w tym roku. Niestety na dalekie wyjazdy trudno zabrać swojego konia. Zawody odbywają się na przykład w Korei Południowej, w Turcji i zabranie swoim zwierząt do tych miejsc jest logistycznie niemożliwe. Dostajemy tam konie na miejscu, ale to już jest sprawa losowa czy znajdzie się konia dobrze przygotowanego.