Magazyn Sportowiec – wywiady, analizy, komentarze sportowe

Tak wieszczono koniec polskich skoków. „Następców nie ma. Strach myśleć co będzie bez Małysza”

Kamil Stoch podczas Igrzysk w 2010 roku

Zimowe Igrzyska Olimpijskie w Vancouver przeszły do historii polskiego sportu. Biało-czerwoni wywalczyli na nich aż sześć medali, co było wynikiem absolutnie spektakularnym. Na ten dorobek mocno pracował Adam Małysz, który na skoczniach w Whistler zdobył dwa srebra.

Sukcesy Adama Małysza przyćmiły słabszy występ pozostałych naszych skoczków. Podopieczni Łukasza Kruczka na Igrzyska Olimpijskie nie trafili z formą. Na skoczni normalnej do drugiej serii awansował jedynie 22-letni Kamil Stoch, zajmując 27. miejsce. Stefan Hula był 31., natomiast Krzysztof Miętus 36. Nieco lepiej było na dużym obiekcie. Tam Stoch zajął 14. lokatę, a Hula 19. Miętus ponownie był 36.

Dla porównania cztery lata wcześniej w Pragelato na skoczni normalnej do finału awansowali Stoch, Robert Mateja i Hula, plasując się odpowiednio na 16., 25. i 29. lokacie. Na dużej skoczni w drugiej serii skakał tylko Kamil Stoch, zajmując 26. pozycję.

Forma polskich skoczków w Whistler została wzięta na warsztat dopiero po przeciętnym występie drużyny. Biało-czerwoni może nie byli kandydatami do walki o medale, ale we wcześniejszych latach potrafili nawiązać walkę o podium. Tymczasem w Kanadzie Adam Małysz, Kamil Stoch, Stefan Hula i Łukasz Rutkowski zajęli szóste miejsce.

Po konkursie drużynowym wysłannik TVP Sport Sebastian Parfjanowicz przygotował materiał dla „Wiadomości sportowych”, w którym nie zabrakło gorzkich ocen, ale też dość pesymistycznych prognoz.

 

Następców (Adama Małysza – przyp. red.) jak nie było, tak nie ma. Młodzi Polacy w konkursie drużynowym nie skakali może fatalnie, ale od medali dzieliły ich lata świetlne. Strach myśleć co będzie bez Małysza” – mówił Sebastian Parfjanowicz.

Nastroje starał się tonować Łukasz Rutkowski. „Nie można tak też przekreślać, że bez Adama nie damy sobie rady” – mówił olimpijczyk.

Co na to dziennikarz? „To nie jest tak, że każdy może skakać. To naprawdę trudne. Podobnie jak wygrywanie. Gorzej, że nasi zawodnicy chyba uwierzyli w to, że zwycięstwa nie są dla nich i tak tkwią w tej przeciętności od wielu, wielu lat” – zakończył materiał.

I o ile występ w Whistler może polskim skoczkom nie wyszedł, o tyle teoria, że polskie skoki bez Małysza sobie nie poradzą jest mocno zaskakująca. Zwłaszcza że Kamil Stoch rok wcześniej na mistrzostwach świata w Libercu zajął czwarte miejsce na skoczni normalnej, a z dobrej strony prezentował się również na czempionacie w Sapporo.

Do tego należy pamiętać, że w porównaniu do obecnych realiów, zdecydowanie lepsza była sytuacja naszego zaplecza. Wystarczy tylko przypomnieć, że w 2008 roku nasza drużyna w składzie z młodziutkim Maciejem Kotem sięgnęła po brąz mistrzostw świata juniorów. Ten sam sukces został powtórzony rok później. Do tego Maciej Kot wywalczył też indywidualne wicemistrzostwo świata juniorów.

Już wtedy coraz lepiej poczynali sobie też Klemens Murańka, Tomasz Byrt i Dawid Kubacki, choć w przypadku tego ostatniego trzeba było trochę dłużej poczekać na przebłysk formy. Było więc sporo zdolnej młodzieży (inna sprawa, że sporo tych zawodników przepadło), a do tego kilku bardziej doświadczonych skoczków poszukujących formy, jak na przykład Stefan Hula, Piotr Żyła, Marcin Bachleda czy Rafał Śliż.

Złowrogie prognozy Sebastiana Parfjanowicza już wtedy wydawały się zatem nieuzasadnione (co innego, gdyby taki materiał powstał dzisiaj). Potwierdziło się to już rok później, gdy Kamil Stoch wygrał trzy konkursy Pucharu Świata. Co było dalej, wszyscy pamiętamy.